Recenzja – Ghost of Tsushima



Może i w tych słowach będę wydawać się bardzo surowy i krytyczny, ja to jednak nazwę konsekwencją i powiązaniem logicznym. Tyle słowem wstępu, przechodzimy do konkretów.

Ghost of Tsushima był tytułem głośnym i pojawił się po wielokroć na okładkach magazynów, będąc jednocześnie okrzyczanym mianem jednej z lepszych gier. Przyznam wchłonąłem tę samurajową zajawkę, jaka była mi zaserwowana przy innych recenzjach, jednakże całkiem surowo i bezstronnie podszedłem do tegóż tytułu. Gra na samiutkim początku mnie oczarowała.
Przyznaję, że śliczne interfejsy nadają całości niepowtarzalnego klimatu i sprawiają wrażenie, iż obcujemy z czymś iście dopracowanym. Uczucie to podkreślił również ciekawy wstęp fabularny.

Nim przejdziemy do detali zaczniemy od określenia ogółu. Samuraj [bo tak też zwykłem określać tę grę] na Playstation to gra ładna. Grafika potrafi przykuć naszą uwagę i zachwycić jednakże nie jest to coś niezwykłe. W dużej mierze stanowi tutaj gra świateł i muszę niestety przyznać, iż „obróbkę świetlną” zastosowano jedynie przy ważniejszych momentach fabularnych. W całej reszcie miejscówek jest wrzucone po prostu. Przyznam, iż ten mały aspekt odebrał mi głębie tego świata. Muszę ponadto dodać, iż miejscówki są zaiście często powtarzalne. Bardzo widoczny jest tutaj brak modeli. Wciąż patrzymy na dokładnie te same tekstury. To coś jakby w Wiedźminie 3 przez całą grę siedzieć w krajobrazach Białego Sadu, i muszę jeszcze dodać, że nawet w tym wypadku Wiedźmin 3 wydawałby się bardziej zróżnicowany.

Muzyka jest świetna i bardzo klimatyczna. Muszę jednakowóż napomknąć o bakcylu dzisiejszych czasów – mianowicie chodzi o efekty. Dźwięk jest tutaj na tyle niezrównoważony, iż praktycznie do 50 % trzeba było przyciszyć muzykę oraz efekty, by móc w jakikolwiek słyszeć w grze dialogi. Również muszę ponarzekać na bardzo niezrównoważony poziom głośności. Muzyka potrafi grać normalnie, później tak cicho, że praktycznie jej nie słychać, choć wyraźnie powinna być bardziej słyszalna w danej miejscówce, a w walce wybuchnąć poziomem głośności tak wysokim, iż konieczne jest ściszanie. Dodam, iż grałem na nowiutkim telewizorze, gdzie takie rzeczy nie mają racji bytu. [I nie mają w dosłownie każdej grze czy filmie]

Przyznam szczerze, iż na początku miałem zamiar przechodzić tę grę ze względu na fabułę i ogółem chęć przeżycia przygody. Na samym początku wydała mi się ona całkiem interesująca, a później wręcz wyblakła i stała się dla mnie nijaka. Przestała wzbudzać we mnie jakiekolwiek emocje i przechodziłem obok niej obojętnie. Bardzo podoba mi się mechaniczne rozwiązanie, iż mamy wyraźnie napisane że niektóre misje są wieloetapowe i przedstawiają historię danej postaci. Nie podoba mi się natomiast pewna sprzeczność z fabułą oraz żyjącym trendem „asasynowania” [słowo „asasyn” i wszelkie jego odmiany wręcz mocno się zagnieździły w popkulturze]. Nie trzeba znać fabuły tej gry, by stwierdzić, że samurajowie to wojownicy którzy cenią sobie dumę i gardzą wszelkimi „skrytobójczymi zabiegami”. [Nie mylić z ninja! To nie gra o ninja!] Uważam, że nie będzie spojlerem jeśli powiem, iż dokładnie ta myśl jest przedstawiona w fabule. Nasz bohater jednak w pewnym momencie zaczyna stosować te rzeczy, próbując się tłumaczyć. Moim zdaniem jest to bardzo niezdarne tłumaczenie. Jest to wręcz tłumaczenie twórców na temat całej dodanej mechaniki zabijania wrogów po cichu. Powiem nawet więcej, jest sporo misji gdzie MUSIMY wszystko zrobić po cichu. Odbierany jest tu nam wybór. Mydli nam się oczy otwartym światem i dowolnym rozwojem postaci, jednak musimy grać dokładnie w ten sposób.

Bardzo frustrujący jest również aspekt zakładników. Często mamy ich ocalić, a wrogowie stosują wyjątkowo niemoralną strategię – kilku z nich ma Cię zająć, a drugi idzie zabić zakładnika. Co w tym złego? Często musisz biec na łeb na szyję, byle tylko zrobić z siebie dosłownie żywą tarczę, obrywając razy od wszystkich wokół. Nie możesz zwlekać zabijając wrogów i powoli torując sobie drogę do zakładnika, bo ten już zdąży umrzeć. Dodam, iż śmierć zakładnika często kończy się koniecznością gry od ostatniego punktu kontrolnego.

Miałem również problem z zapisywaniem gry. Można ją zapisać „niby” w dowolnym momencie, lecz jeśli wczytacie grę, wyrzuci was do punktu kontrolnego. Mało tego, miałem nawet kilka razy sytuację, że kilka razy zaczynałem od punktu kontrolnego, a kolejnym razem musiałem zacząć od jeszcze wcześniejszego punktu kontrolnego i ponownie robić część misji, która była już zaliczona… Szkoda gadać.

Na plus muszę zaliczyć świetną ekonomię. W grze znajdziemy wiele przydatnych materiałów i każdy z nich ma inne zastosowanie, przy czym wszystkie te zastosowania są niezwykle funkcjonalne [czy to mechanicznie czy wizualnie]. Przyjemnie jest szukać tychże składników, tymbardziej iż ekwipunek również jest bardzo dobrze przemyślany. Gra na szczęście nie cierpi na chorobę tony pancerzy i mieczy rodem z jakiegoś hack’n’slasha. Ekwipunku zdobędziemy w trakcie gry bardzo mało, za to wszystko nam się przyda. Aprobuję takie rozwiązanie i winszuję twórcom.


Bardzo również podobały mi się aktywności na mapie. Jest różnorodnie. Jest ciekawie. Aż chce się to robić. Podkreślę, do takiego stopnia dobrze, iż chciałem przejść tylko fabułę, a później stwierdziłem, że muszę wyczyścić całą mapę. Inna jednak sprawa, iż mapa stała się później bardzo powtarzalna, a wszystkie te aktywności zdążyły mi się znudzić.

Walka w grze jest przyjemna, zgrabna mechanicznie, ale… Pierwszy fakt, iż nie czuję w żadnym stopniu, że jestem jakimś wyjątkowym samurajem. Gra poszła w kierunku soulsów i czasami z niektórymi wrogami trzeba się natrudzić. Bardzo irytujący bywają wrogowie, którzy mają bardzo „długi atak” [długa sekwencja ataków, gdzie musisz cały czas unikać, bo nie jesteś w stanie ich zranić kataną]. Śmiać mi się również chcę z paradoksalnej sytuacji, gdy wyszedłem na otwartą walkę przeciwko całemu mongolskiemu obozowi. Wrogowie zapełnili cały ekran, a nawet więcej, a ich wybicie trwało dobre 15-20 min. Da się, jednak gra wyjątkowo próbuje nas skłonić do akcji skrytobójczych, gdzie całość wyszłaby prościej i łatwiej. Ja jednak wczułem się w rolę samuraja i zamierzałem go odgrywać tak jak moim zdaniem trzeba – z tego też powodu skrytobójstwo jest dla mnie minusem.

Warto teraz nadmienić fakt, iż mamy tu rozwój postaci. Chciałbym by było tego jeszcze więcej [jestem fanem RPG]. Mamy drzewko parowania, uników, „ataków specjalnych” [odblokowywanych w trakcie misji], różne postawy [style walki], specjalne gadżety [jak np. bomby, kunaie], a nawet 5 zdolności do odnajdywania miejsc na mapie. Bardzo podobało mi się, że mogłem „pójść” w eksploracje [jest nawet strój wędrowca, który ją wspomaga] i gra w żaden sposób na mnie nie wymuszała innego określonego rozwoju naszego protagonisty.

Na minus muszę jednak zaliczyć walki z „bossami” [chyba tak to mogę nazwać – Sytuacja, gdy walczysz 1 na 1, a przeciwnik ma długi pasek zdrowia przyczepiony do górnej części ekranu]. Poziom trudności jest w porządku. Czuję się jednak oszukany. W takiej walce można korzystać tylko i wyłącznie z katany. Jeśli poszedłeś w łucznictwo to masz problem – nie będziesz czerpać żadnych korzyści z rozwoju swojego bohatera. Ja poszedłem w kunaie i inne takie „specjalne bajery” i również nie mogłem z nich korzystać. Trochę to takie nielogiczne. To tak jakby grać w Wiedźmina, zrobić postać pod znaki i nie móc z nich korzystać przy najważniejszych pojedynkach.


Może to bardzo dziwnie zabrzmi, ale muszę pochwalić mechanikę wiatru. Wiatr jest tutejszym GPS’em i wskazuje nam drogę do zaznaczonych miejsc. Bardzko klimatyczne i super zrealizowane!

Co tu więcej mówić – gra jest dobrze zrobiona i w niektórych momentach wręcz przegenialna, jednak w pewnym momencie mnie znużyła i już nic nie potrafiło jej uratować. Przez pierwsze 10 – 15 godzin jest mega – aż mógłbym za tę część dać 9 / 10.  W pewnym momencie pojawiło się pytanie „po co to właściwie robię?”. Czerpałem z całości coraz mniejszą przyjemność. Jeśli bardzo kręci cię Japonia, to warto zapoznać się z tytułem. Jeśli lubisz soulsy, to masz kolejny ważny atut. Jeśli nie masz nic przeciwko nieco zbyt dużej powtarzalności, to również zagraj. I najważniejsze – nie wymagaj przy tym zbyt wiele od fabuły – wtedy się nie zawiedziesz.

PLUSY:
+ Otwarty świat z ciekawymi aktywnościami
+ Rozwój Bohatera
+ Całkiem przyjemna walka
+ Momentami urzekająca gra świateł
+ Ekonomia związania ze składnikami
+ Cały ekwipunek
+ Niezła muzyka

MINUSY:
– Po jakimś czasie nuży
– Fabuła jest płaska i nie wzbudza emocji
– Pojedynki, które uniemożliwiają czerpanie korzyści z innego rozwoju bohatera niż szermierka
– Irytujący niektórzy wrogowie
– Bardzo powtarzalny świat
– Przepiękne światło jest zrobione tylko w kluczowych miejscówkach
– Brak decyzji fabularnych
– Czasami problemy z zapisami
– Doczepione na siłę skrytobójstwo

GRAFIKA: 7+ / 10
AUDIO: 8 / 10
GRYWALNOŚĆ: 6 / 10

OCENA GRY: 6+ / 10