Recenzja – Unbound Worlds Apart

Mógłbym rzec – zachciało mi się platformówek, dlatego też sięgnąłem po Unbounda. Czy ogólnie jestem zadowolony? Tak średnio krótko mówiąc.

Unbound Worlds Apart to całkiem ładna platformówka o małym czarodzieju, który musi stawić czoła demonom, a w jego podorędziu jest w zasadzie tylko moc przenoszenia się między wymiarami – demonów, a tym rzeczywistym. Nie powiem, początkowo zapowiadało się bardzo klimatyczne, a oglądanie samych gameplay’ów jeszcze bardziej mnie skłoniło by zagrać.

Początkowy etap rozgrywki był zgrabnie nakreślony. Wprowadzenie fabularne bardzo dobrze nastrajało. Same projekty poziomów przywodziły mnie na myśl, iż pełnią one funkcje samouczka, a dalej już będzie „powiedzmy otwarty świat”. Zasadniczo tak było. Świat gry to plątanina korytarzy niczym w Ori, z punktami szybkiej podróży.

Cała gra to logiczna zręcznościówka z olbrzymim naciskiem na to drugie. Przyznać muszę, iż poziom trudności jest to aż za nadto wyśrubowany i tak dla porównania powiem – sam Crash Bandicoot 4 jest momentalnie znacznie prostszy. Splatynowałem trylogie Crasha i niemalże czwartą część. Ukończyłem obie części Ori. Uważam się za grupę docelową, która to już ma jakiś bagaż doświadczeń związany z tym gatunkiem. Unbound jednak był dla mnie drogą przez mękę. Tak absurdalnie trudnych zręcznościowych momentów ze świecą szukać gdziekolwiek indziej. Przyznam, że lubię wyzwania, jednak dla mnie było to zbyt wiele. Dodam jedynie, że jest spora grupa ludzi, która już samego Crasha uważa za grę dla masochistów [przez zbyt wysoki poziom trudności]. Ja natomiast powiem, iż taki właśnie jest Unbound. Crash przy tym jest całkiem łatwy.

Muszę przyznać, iż sama warstwa graficzna mnie do siebie niespecjalnie przekonała. Bywały momenty, gdzie było bardzo ładnie, ale na ogół jest to takie – „no może być”. Taki to standardowy twór z poprawną treścią i niczym więcej.

Gwoździem do trumny dla tego tytułu była dla mnie fabuła. Początkowo zapowiadało się nieziemsko dobrze, lecz emocje niezwykle szybko opadły. Już po godzinie grania cała nakreślona opowieść zanikała. Napotkani „NPC” byli dla mnie jedynie statycznymi bryłami plującymi tekstem, który w zasadzie nic konkretnego nie wnosił. Nie dało się tu odczuć niczego. Unbound chciałby sprawiać wrażenie, iż nie jest taki pusty. Robi to jednak bardzo nieudolnie. W grze są również „misje”, które z normalnymi misjami nie mają nic wspólnego. Każda z nich polega na tym, by iść do danego punktu i zebrać przedmiot/coś aktywować/z kimś pogadać, przy czym cała gra jest całkowicie liniowa. Tak bardzo, iż nie ma tu jakichkolwiek realnych wyborów. Również trochę szkoda, że nasz bohater jest niemową i w „rozmowach” [bardziej monologach] nie wypowie on żadnego zdania. Gra jest prowadzona w taki sposób, iż tych „misji” w zasadzie równie dobrze mogłoby nie być, bo niczego one nie wnoszą, jednak ich brak uwydatniłby widok wszechobecnej pustki.

Muzyka może i nie było epicka, ale z pewnością bardzo dobra. Moim zdaniem to najmocniejszy punkt całej produkcji.

Czy zatem warto sięgnąć po tytuł? Moim zdaniem tylko jeśli masz ochotę na coś naprawdę trudnego. Ogólnie całkiem sprawnie przechodzi się ten tytuł, nie licząc kilku fatalnych momentów. System checkpointów jest momentami bardzo źle ustawiony. Ginąć będziesz często. Dobrej muzyki, a owszem, posłuchasz. Co tu dużo mówić – jeśli nie nastawiasz się na jakąkolwiek głębię, to jak najbardziej. Jeśli jednak pragniesz coś przeżyć i nosić w serduchu nowy emocjonalny splot, to nie tędy droga.

Plusy:
+ Dla platformowych świrów

+ Moc otwierania portalu do świata demonów

+ Muzyka

+ Świetny Początek

Minusy:

– Fabuła bardzo szybko przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie

– Całkowicie liniowe projekty poziomów [niby podobne do Ori, jednak tam było to lepiej poprowadzone]

– Brak wyborów

– Rozmowy z postaciami i misje to mydlenie oczu, że istnieje tu jakakolwiek głębia

– Momentami absurdalnie trudna

– Brak możliwości atakowania

– Taka sobie grafika

GRAFIKA: 5 / 10

DŹWIĘK: 8 / 10

GRYWALNOŚĆ: 5+ / 10

OCENA GRY: 6 / 10